Reklama

Przeczuwaliśmy, że wygramy. Nie wiedzieliśmy, jak bardzo

04/06/2026 14:55

Z Mariuszem Ambroziakiem, organizatorem kampanii "S" na Ochocie i w Ursusie przed 4 czerwca 1989 r, wiceprezesem Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej, rozmawia Łukasz Perzyna

- Jak rozumiem, propozycja, żeby zajął się Pan kampanią Komitetu Obywatelskiego Solidarności przed 4 czerwca 1989 r. na Ochocie i w Ursusie nie stanowiła dla Pana wielkiego zaskoczenia, skoro przedtem organizował Pan protesty w ursuskich Zakładach Mechanicznych i tam współtworzył nielegalne jeszcze wtedy struktury związkowe?

- Przed czerwcowymi wyborami parlamentarnymi byłem osobiście odpowiedzialny za kampanię na terenie Ursusa i na niej się skupiłem, ale okręg wyborczy obejmował wtedy również Ochotę, Włochy i liczne miejscowości podwarszawskie. Wiadomo, jak wtedy wyglądała perswazja przedwyborcza, internetu przecież jeszcze nie było, przynajmniej w użyciu powszechnym. Główny nośnik kampanii stanowiły bezpośrednie spotkania. Gromadziły nawet i kilka tysięcy ludzi, jak w parku w Ursusie. Zapamiętałem też doskonałą atmosferę mityngów w zakładach pracy, czy w szkole w Brwinowie. Chociaż tam wydawało się najpierw, że nie mamy szczęścia i należy liczyć się z klapą spotkania, bo okazało się, że nasz kandydat do Sejmu Zbigniew Janas się przeziębił tak mocno, że po prostu nie był w stanie mówić.

Reklama

- Ale pomimo to spotkania w Brwinowie nie odwołaliście? Jak przebiegał mityng przedwyborczy bez kandydata, bo trudno sobie to wyobrazić?

- Odczytałem tam przesłanie od kandydata, spisane przez niego odręcznie.

- I ludzie nie marudzili?

- Proszę sobie wyobrazić, że nie, taki wtedy był niezwykły klimat ten naszej niepowtarzalnej kampanii. Wysłuchali tego, co im odczytałem i zwyczajnie zaczęła się dyskusja.

- Jednak kampania nie sprowadzała się wyłącznie do spotkań, bo na nie przychodzą głównie ludzie mocno polityką zainteresowani?

Reklama

- Mieliśmy przygotowane na użytek kampanii gazetki z czym po kilkunastu latach funkcjonowania niezależnego obiegu nie było problemu. I oczywiście ulotki. Plakaty, w tym również te powszechnie jeszcze dzisiaj znane jak ten z budzikiem: "Nie śpij, bo Cię przegłosują". Na sam koniec pojawił się plakat z szeryfem, z Gary Cooperem i to on stał się trwałym symbolem tamtych wyborów. I oczywiście instrukcje, jak zagłosować prawidłowo, żeby nasz wybór okazał się ważny. Wszędzie wieszało się plakaty, na murach, na płotach, przylepione zwykłym klejem. Zasada najprostsza: wiadro, pędzel, woda, mąka.

- Ze Zbigniewem Janasem. który ostatecznie 4 czerwca osiągnął imponujące poparcie prawie 82 proc wyborców w okręgu, znaliście się wcześniej z Solidarności Ursusa, co jak rozumiem współpracę ułatwiało?

Reklama

- W tym czasie byłem sekretarzem Solidarności w Zakładach Mechanicznych Ursus, a Janas był tam przewodniczącym komisji zakładowej, pozostał nim jeszcze przez pewien czas po wyborze na posła. Ale oczywiście tylko we dwóch tej kampanii nie robiliśmy. Bezcenne okazało się zaangażowanie Marka Jarosińskiego, który w Ursusie był szefem Rady Pracowniczej a przy tym doskonałym kompanem, a także członkiem RKW Mazowsze. Stanisław Karpezo, Mariusz Szulecki, Bogdan Bujak czy Stanisław Piecyk przenieśli sztandar Solidarności przez najtrudniejsze lata. Na Ochocie w 1989 r. koordynowali kampanię Witold Sielewicz i Tadeusz Szumowski. Sztab mieścił się przy Grójeckiej 138. Warto przypomnieć, że nie tylko Janasowi kampanię prowadziliśmy. Również trzem kandydatom do Senatu z okręgu warszawskiego: Annie Radziwiłł, Witoldowi Trzeciakowskiemu i Władysławowi Findeisenowi.

- Jeśli wybiec znowu w przyszłość, to efekt okazał się pełnym sukcesem, bo wszyscy czworo zostali wybrani już w pierwszej turze głosowania, to kandydaci oficjalnych ugrupowań musieli stanąć do powtórki 18 czerwca, rywalizując między sobą o mandaty zawczasu dla nich zarezerwowane?

Reklama

- Sukces okazał się oczywisty, ale najpierw na samym początku kampanii trzeba było podpisy zebrać. Biuro mieliśmy w samym centrum Ursusa niedaleko kościoła św. Józefa i właśnie pod kościołami te podpisy zbieraliśmy. Z salko katechetycznej wypożyczyliśmy stoły  i krzesła. I rozsiedliśmy się z listami poparcia dla naszych kandydatów. Kiedy ludzie wychodzili po mszy w niedzielę, ustawiali się do nas w kolejce, żeby je podpisać. W żadnych potem wyborach w nowej Polsce tak nie było.

- Ale nie na siedzeniu kampania polegała?

Reklama

- Odbywaliśmy mnóstwo spotkań, ludzie bardzo chętnie i masowo w nich uczestniczyli. Dodatkowy magnes, który ich przyciągał, stanowiła obecność znakomitych artystów, powszechnie rozpoznawalnych. Jerzy Zelnik, Daniel Olbrychski czy Marian Opania sami nie kandydowali ale wspierali przedstawicieli Solidarności.

- O co ludzie pytali?

- Interesowały ich przyszłe rozliczenia za stan wojenny i inne komunistyczne zbrodnie, trzeba przecież pamiętać, że kampania toczyła się w niespełna pięć lat po zamordowaniu Księdza Jerzego Popiełuszki przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Wiele pytań dotyczyło poziomu życia i perspektyw gospodarki, byliśmy wtedy w czasie wielkiej inflacji i wielkiej emigracji, wiadomo, ilu ludzi wyjechało z kraju w latach 80. Uczestnicy spotkań wyrażali niepokój, czy nie powtórzy się u nas 1956 rok na Węgrzech czy 1968 r. w Czechosłowacji. Wiadomo, że byliśmy wtedy otoczeni kordonem państw komunistycznych: ZSRR, NRD, Czechosłowacji.

Reklama

- Z których żadne dziś nie istnieje w ówczesnym kształcie... Ale wtedy mało kto się spodziewał podobnego finału? Czy było tak, że lęk przeważał?

- Dużo mocniej czuło się pozytywne emocje. To one wtedy przeważały. Ludzie nie znali oczywiście szczegółów przyszłych rozstrzygnięć, ale wyrażali przekonanie, że te wybory otwierają nowe perspektywy. Na spotkaniach pojawiały się wszystkie grupy wiekowe i społeczne. Od licealistów po emerytów. Przychodzili robotnicy i studenci.

- Co budziło w nich najwięcej wątpliwości?

Reklama

- Wypytywali, dlaczego nie kandyduje Zbigniew Bujak, podobnie we Wrocławiu wiele pytań dotyczyło Władysława Frasyniuka. I słyszeli odpowiedź, że podobnie nie ubiega się o mandat Lech Wałęsa, bo przecież ktoś musi zostać w Solidarności i dalej Związek prowadzić. Wtedy Solidarność osiągnęła szczyt swojej politycznej potęgi, nawet jeśli liczba jej członków nie dorównywała tej z lat 1980-81 kiedy to Związek był naprawdę dziesięciomilionowy. Ponowna rejestracja NSZZ "S" pociągała za sobą odzyskanie dawnych siedzib albo przyznanie w zamian nowych. W Ursusie to były te same pokoje, zwrócone sztandary, pieczątki. Składałem wtedy do dyrektora zakładów, Antosika kolejne pisma o zwrot odebranego po 13 grudnia 1981 r. majątku związkowego. Ale przecież nie o biurokrację chodziło. Powszechnie spotykaliśmy się z wyrazami sympatii ze strony zwyczajnych ludzi. Nasze cegiełki same się sprzedawały, tak to można ująć - jak wiadomo to była ówczesna forma finansowania kampanii wyborczej.

- W którym momencie zorientował się Pan, że wynik wyborów okaże się taki... jaki zapisano później w podręcznikach historii? 

Reklama

- Mieliśmy poczucie, że wygramy. Nie wiedzieliśmy z góry, jak bardzo. Wtedy nie było ciszy wyborczej. Mobilizowaliśmy ludzi aż do samego końca. Jeszcze w niedzielę wyborczą o trzydzieści metrów od drzwi punktu wyborczego przekonywaliśmy do głosowania, oczywiście grzecznie i nie za głośno, stosownie do powagi chwili. Kiedy patrzy się na ówczesną frekwencję, z dzisiejszej perspektywy wiemy, że nie była rekordowa: 63 proc. Ale w niczym to nie umniejsza wagi tamtego historycznego zwrotu. Niemal wszyscy przecież z tych, co zagłosowali robili to po raz pierwszy w warunkach, gdy uczciwie liczono głosy.

- I tego trzeba było pilnować?

Reklama

- Dopiero wtedy, w trakcie wspólnego zliczania wyników z poszczególnych komisji wyborczych przekonaliśmy się jakie są rozmiary zwycięstwa Solidarności. I że nic nie będzie już dokładnie takie jak przedtem, czego wcale nie żałowano. Ci, którzy poszli na tamte wybory i poparli tak jednoznacznie kandydatów Komitetu Obywatelskiego "S" mieli, czasem pierwszy raz w życiu, poczucie wpływu na los Polski, na życie publiczne.

- Wspomniał Pan o sumowaniu wyników już po zamknięciu urn. Żeby obudzić się w nowej Polsce, trzeba było najpierw noc zarwać?

Reklama

- W kampanię przed 4 czerwca zaangażowało się mnóstwo ludzi. Wszyscy byli wolontariuszami. Oczywiste, że tamta noc pozostawała dla nich bezsenna. Symbolem na skalę całej Polski stała się dawna kawiarnia na MDM "Niespodzianka", bo tam mieścił się sztab warszawski, przychodzili zagraniczni dziennikarze ale też kandydujący wtedy z poparciem Solidarności Gustaw Holoubek czy Andrzej Łapicki. I Zbigniew Hołdys Komitety Obywatelski wówczas wspierał. Kontrkandydatów ze strony rządowej nawet się nie zapamiętywało, poza wyjątkami, bo na pewno symboliczne stało się, że w Śródmieściu Warszawy Andrzej Łapicki pokonał samego Jerzego Urbana, postaciującego propagandę stanu wojennego. Jednak w powszechnym przekonaniu nie tyle o pognębienie komunistów wtedy chodziło, lecz o lepszą Polskę i związaną z tym nadzieję. Zapamiętałem z tamtej kampanii dobre relacje między ludźmi.     

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama