Reklama

Żony robotników dostały biało-czerwone róże... i już wszyscy wiedzieli, że to nie są żony chuliganów

25/06/2026 18:51

Z Wojciechem Onyszkiewiczem, organizatorem pomocy dla robotników Ursusa i Radomia w 1976 r, założycielem KOR, rozmawia Łukasz Perzyna.

- Jak narodził się pomysł pomocy robotnikom skrzywdzonym przez władze po czerwcowych protestach w 1976 r, był Pan jednym z inicjatorów tej akcji?

- Zacznę od opisu ówczesnego stanu wiedzy, mojej - polskiego inteligenta, i grona moich znajomych. Wiedzieliśmy, że wybuchły strajki i uliczne protesty w reakcji na drastyczną podwyżkę cen podstawowych artykułów. Ale również o tym, że władza się wycofała, co stanowiło pierwszy podobny przypadek, chociaż wystąpienia uliczne stłumiła. To już była wiedza zbiorowa, która dała nam do myślenia. Okazją do działania stał się pierwszy proces strajkujących robotników. Sądzono robotników, uczestników wydarzeń 25 czerwca 1976 r.

Reklama

- Jak się z nimi zetknęliście?

- W najprostszy sposób. Jest proces, więc idziemy na korytarz sądu, żeby zobaczyć jak ich wprowadzają, porozmawiać z ich rodzinami. Podobna praktyka działała już przy wcześniejszych sprawach politycznych z lat 60. i 70. Zapewne na korytarzu sądowym, jeśli dobrze pamiętam, dowiedzieliśmy się o "ścieżkach zdrowia"...

- Nazwa pochodziła od modnych wtedy osiedlowych torów przeszkód, ale pojawiła się w odniesieniu do praktyki przepędzania zatrzymanych przez szpaler bijących milicjantów?

Reklama

- Wtedy ścieżki zdrowia stały się symbolem brutalności władzy. Partia rządząca wciąż przedstawiała się jako robotnicza. A robotników upominających się o swoje prawa prezentowała jako chuliganów. Wtedy chyba Gajka, żona Jacka Kuronia Grażyna wpadła na taki pomysł, żebyśmy wręczyli żonom robotników oczekujących na swój wyrok wielkie piękne bukiety biało-czerwonych róż. Wtedy wszyscy, także ci zwykli przypadkowi petenci na korytarzu sądu odczuli przemianę, jaka się dokonała. One przestały być żonami chuliganów, wszyscy o tym wiedzieli, że ich mężowie upominali się o nasze wspólne sprawy. Zaczęliśmy rozmawiać. Żony tych sądzonych robotników opowiadały, jak im ciężko, chłop miał węgiel przerzucić, już przygotowany, a teraz siedzi i nie ma komu tego zrobić. Zwykłe ludzkie sprawy. Udało się przerzucić pomost między nimi a nami.

- Kto zainicjował akcję pomocową, z jakich kręgów wywodzili się pierwsi jej uczestnicy?

Reklama

- Pomysł udzielenia im pomocy rzucił Antek Macierewicz, wykonawcami stali się ludzie z kręgu Czarnej Jedynki, drużyny harcerskiej z Liceum Reytana, wtedy w tym kręgu działałem, byłem instruktorem harcerskim. Po Październiku 1956 r. odrodziło się prawdziwe harcerstwo. W naszej drużynie na papierze wszystko było jak chce władza, a my nawet stopnie mieliśmy przedwojenne. Macierewicz nie chodził do Reytana, pojawił się w naszym kręgu po Marcu 1968 r. Krąg Starszoharcerski Czarnej Jedynki zorganizowały w praktyce otwarty dla ludzi  spoza drużyny półlegalny  klub dyskusyjny, poza Warszawą w weekendy organizowaliśmy spotkania z ciekawymi ludźmi, w tym świadkami historii, aż ma jednym z nich, to był już rok 1972, pojawiła się Służba Bezpieczeństwa. Potem zaangażowaliśmy się w kampanię pisania listów protestacyjnych przeciwko zmianom w Konstytucji w połowie lat 70...To już było wspólne działanie z innymi środowiskami. Z wychowankami Jacka Kuronia z drużyn walterowskich, z młodzieżą z Warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej.

- Chodziło o sprzeciw wobec wpisania do ustawy zasadniczej sojuszu ze Związkiem Radzieckim oraz kierowniczej roli PZPR?

Reklama

- Oczywiście i tak to zrobiono, ale z akcji zbierania podpisów wyłoniło się środowisko gotowe do dalszego działania. W czerwcu 1976 r. okazało się, że władza się boi. Widać było unikatowy moment. Spotkałem się wtedy pod Pomnikiem Bohaterów Getta z Antonim Macierewiczem. Wiedziałem, że zaangażuje się w akcję pomocową, więc wycofałem się z Czarnej Jedynki.

- Pojawiła się kwestia ceny za publiczną działalność, jaką się płaci?

- Robisz swoje i już. Albo nie robisz, ale wtedy sobą gardzisz, taki to był dylemat. Pamiętam pierwszą podróż do rodziny robotnika skazanego w procesie ursuskim. Do wioski, położonej gdzieś koło Żyrardowa. Wcale nie strach stanowił dla mnie problem. Dyskomfort łączył się z obawą, że się nie uda.

Reklama

- Co przeważyło, że się jednak udało?

-Miałem ze sobą pieniądze dla nich, propozycję pomocy prawnej przed procesem w drugiej instancji. Okazało się, że sam fakt przyjścia z pomocą miał wtedy ogromne znaczenie. Ludzie przez władzę wtedy poniewierani nie czuli się już samotni. Wielkie znaczenie dla nich, czujących się zwyczajnymi ludźmi miał fakt, że wtedy w obronę robotników zaangażował się pisarz Jerzy Andrzejewski, którego znali z lektur szkolnych. Kiedy się o tym dowiedzieli, świadomość tego całkowicie zmieniła atmosferę w tym domu, wciąż mówię o tej wiosce pod Żyrardowem i tamtej ciężko doświadczonej rodzinie. To miało sens. I wywarło niebywałe wrażenie.

Reklama

- W pomoc zaangażowali się ludzie z różnych środowisk, co też miało znaczenie integrujące dla nich samych?

- Niespożyty i zawsze doskonale zorganizowany Henryk Wujec z warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej jeździł do robotników po pracy. Zaś ja, o czym była już mowa, ze swojej zrezygnowałem, żeby się na akcji pomocy skupić. Z czasem pojawiła się kartoteka represji, fiszki dotyczące poszczególnych poszkodowanych, nasza dokumentacja rosła. Chodziło o to, żeby pomagać pokrzywdzonym jak najlepiej, ale też poznać rzeczywistą skalę prześladowań. Solidarność i wiarygodność - to słowa kluczowe dla tamtej akcji. Sprawdzaliśmy szczegółowo akta spraw, okazywało się, że wśród skazanych w Radomiu byli ludzie z marginesu społecznego, ale oni nie brali udziału w rabunkach ani włamaniach, za które ich skazywano. Naszą zasadą pozostawało, że opieramy się na faktach. A fakty przemawiały na korzyść osób poszkodowanych przez władzę. Oskarżenia okazywały się na niczym nie oparte. Liczba stron dokumentacji przez nas nagromadzonej narosła. Rozszerzały się też kontakty. Ci z Ursusa siedzieli w celach z aresztowanymi za Radom, podawano nam więc dalsze kontakty do rodzin pokrzywdzonych. Przygotowaliśmy też materiał dla Episkopatu, dokumentację znanych nam represji, wiem, że wywarła na biskupach ogromne wrażenie. A nasza akcja wciąż się rozkręcała. Ludzie zaczęli wychodzić z aresztów. Teraz o ścieżkach zdrowia opowiadali nam ci, których przez nie przepędzano. Drugi proces strajkujących okazał się trudny dla władzy, kiedy okazało się, że przed sądem stają robotnicy wcześniej za pracę nagradzani, mający wśród swoich autorytet. I nie da się z nich zrobić mętów. Łagodne wyroki, jakie zapadły, stanowiły wiatr w żagle dla akcji dalszej pomocy. Nie pamiętam dokładnie kiedy  pojawił się list robotników Ursusa do I sekretarza Edwarda Gierka, żeby koledzy z powrotem byli przyjmowani do pracy. Znalazło się pod nim ponad tysiąc robotniczych podpisów. W jednej hali fabrycznej robotnicy znali się nawzajem i mieli do siebie zaufanie. Gorzej było z łącznością: między halą a halą, zakładem pracy jednym i drugim. Do tego, żeby mosty budować, przydał się Komitet Obrony Robotników, skupiający ludzi skorych do działania i autorytety społeczne. Wśród nich profesor Edward Lipiński , Józef Rybicki dowódca Warszawskiego KEDYWu w czasie Powstania Warszawskiego , wybitna aktorka Halina Mikołajska, legendarny ksiądz Jan Zieja. Władza wiele robiła, żeby naszej aktywności przeciwdziałać. Jacka Kuronia powołano wtedy do wojska na ćwiczenia. A tymczasem przyłączali się do nas, jak się wtedy mówiło w środowisku, starsi państwo, bo wiedzieli, że ich znane nazwiska chronią tych, którzy osobiście z pomocą do robotników docierają.

Reklama

- Jakie osoby uznaje Pan za najważniejsze dla akcji pomocy i KOR, kiedy już powstał?

- Niezbędny dla powodzenia akcji okazał się udział Antoniego Macierewicza, który miał precyzyjną wizję naszego działania. Zaś Aniela Steinsbergowa, prawniczka, z którą wtedy współpracował Jan Olszewski, wpłynęła na przyjęcie przez nas zasady, żeby wszystko robić legalnie: zgodnie z prawem, jak pozwalają na to ustawy, żeby to władza, nas zwalczając - prawo łamała. Oczywiście miało to zastosowanie w akcji pomocowej, ale już nie wtedy, gdy z czasem pojawiły się wydawnictwa niezależne, skoro zakazywano publikowania poza cenzurą. Z kolei Jan Józef Lipski, krytyk literacki, cieszył się opinią tak nieposzlakowaną, że tam gdzie w grę  wchodziły pieniądze, niezbędne przecież, żeby skutecznie pomagać robotnikom - stał się mężem zaufania, jemu przekazywano środki ze zbiórek publicznych czy na przykład środowisk emigracyjnego PPS. I wszyscy wiedzieli, że zostaną godziwie spożytkowane. Oczywiście ogromne znaczenie miało zaangażowanie w KOR Jacka Kuronia, cechował go niezwykły talent do działania, nakłaniania do tego innych i organizowania. Za sprawą takich ludzi akcja pomocy po Czerwcu 1976 r.  i Komitet Obrony Robotników przełamały skutecznie nie tyle barierę strachu nawet, co pewne poczucie niemożności.   

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama