Reklama

Garnitur zamiast kastetu

07/05/2026 13:11

Od szeregu lat drugiego maja obchodzone jest Narodowe Święto Flagi. Pomysł wziął się stąd, że skoro ludziska mają pierwszego i trzeciego maja świętować, tańcować i grillować, a drugiego i tak biorą urlopy, to należałoby ku ich uciesze świątecznego ciągu nie przerywać. Stąd ktoś dość przytomny na umyśle i dobrze czytający w polskich duszach i sercach, wymyślił nowe święto pasujące rodakom jak ulał.

Święto Flagi jest skrojone bowiem idealnie. Zwłaszcza dla pewnej części polityków i pomniejszych działaczy, którzy doją naszą umiłowaną ojczyznę i ciągną narodowe sukno w swoim kierunku bez cienia żenady. Niezwykle chętnie czyniąc to przy użyciu pełnej gamy wzniosłych, patriotycznych frazesów i haseł. Koniecznie pod znakiem orła i biało-czerwonym sztandarem dla dopełnienia wagi swoich czynów. Dla nich patriotyzm zaczyna i kończy się wywieszeniem flagi w narodowych barwach. Wykrzyczenie hasła „Bóg – Honor – Ojczyzna” również nie zawadzi.

Reklama

Niezależnie od pomysłodawcy nowego święta, ktoś inny (chyba ówczesny szef PZPN Zbigniew Boniek), wpadł na pomysł, aby w tym dniu rozgrywać finał Pucharu Polski w piłce nożnej. W tym roku o puchar walczyły Górnik Zabrze i Raków Częstochowa. Jako że tym razem do finału nie zakwalifikowała się moja Legia Warszawa, wynik potyczki miał dla mnie bez mała trzeciorzędne znaczenie.

Ponieważ świąteczne popołudnie spędzałem na Saska Kępa, w bliskiej odległości od areny piłkarskich zmagań, poczyniłem przy tej okazji kilka spostrzeżeń. Wiele godzin przed finałem w kierunku stadionu zmierzali odziani w klubowe barwy kibice finałowych rywali. Na uliczkach malowniczej i pachnącej majem Saskiej Kępy ciągnęły się sznury zaparkowanych obok siebie aut z Częstochowy i kilkunastu miejscowości Górnego Śląska.

Reklama

Po meczu kibice obu drużyn wraz z towarzystwem tubylczym ze stolicy szczelnie wypełnili okoliczne przybytki gastronomiczne, wzajemnie się pozdrawiając, dzieląc emocjami i uwagami po meczu. Zero agresji, pijaństwa i niepotrzebnego napięcia, którego i tak zbyt wiele na co dzień.

Ponoć ze specjalnej loży finał oglądał lokator Pałacu Namiestnikowskiego, pan Karol Nawrocki we własnej osobie. Zależnie od okoliczności odziewany przez współpracowników i doradców od modnego ubioru w garnitury, surduty, fraki i smokingi. Nie sposób wykluczyć, że z łezką w oku wspominał nie tak odległe jeszcze czasy, gdy nieodłącznym elementem i pretekstem do meczów piłkarskich były krwawe, bandyckie rozróby. Kastet, kij bejsbolowy, maczeta, wybijane zęby, dźwięk łamanych kości i jęki wywołane bólem i cierpieniem.

Reklama

A teraz – o zgrozo – przyjazne spojrzenie, przybicie piątki i ewentualnie wspólne wypicie piwa. Choć w pełni zadowoleni mogli być jedynie fani z Zabrza. Tym z Częstochowy pozostaje nadzieja, że być może uda się za rok.

Jeszcze wcześniej w Częstochowie, w klasztorze jasnogórskim, pan Nawrocki będzie miał okazję do ponownego spotkania się w przyjaznej atmosferze ze swoimi kumplami spod znaku pięści, swastyki i licznych artykułów z polskiego kodeksu karnego. Ludźmi zupełnie innymi od tych, których widziałem wczoraj. Ale to już temat na inny artykuł.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama