Z Piotrem Guziałem, członkiem zarządu Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej, b. burmistrzem Ursynowa, b. radnym Ursynowa i Rady Warszawy, w 2014 r. trzecim w wyborach na prezydenta Warszawy, rozmawia Łukasz Perzyna.
— Niedawno "Gazeta Wyborcza", która przynajmniej w papierowym wydaniu jeśli zajmuje się niezależnymi samorządowcami to tylko w negatywnym kontekście wykpiła Pana plan zorganizowania w stolicy Parku Safari. Nie pytam, czy przejmuje się Pan jej krytyką, tylko na czym ten zamysł ma polegać?
- Zacznę jednak od tego, że propozycja stworzenia parku to jedna z 65 uwag jakie Mazowiecka Wspólnota Samorządowa zgłosiła do projektu strategii stworzonego przez obecne warszawskie władze. Bez przesady można te nasze propozycje uznać za osobną strategię, zbudowaną pod kątem oczekiwań samych mieszkańców a nie tylko urzędników stołecznego ratusza i niektórych radnych z dzielnic. Propagujemy wizję wielkiej Warszawy przyszłości, nawiązującej do wiekopomnego projektu, jaki przed 90 laty sformułował bohaterski prezydent naszego miasta Stefan Starzyński. Proponujemy inwestycje, poprawiające komfort życia w Warszawie, a nie wyłącznie zapewniające zyski deweloperom. Starzyński chciał miasta dla wielu kolejnych pokoleń. Z dumą odwołujemy się do jego inspiracji. Rzeczywiście wśród naszych licznych projektów znajduje się utworzenie Parku Safari. Wystąpiłem z tym pomysłem, ponieważ widzę, jak na zaledwie 40 hektarach powierzchni warszawskiego Ogrodu Zoologicznego tłoczą się zwierzęta, wdychają spaliny, bo ZOO, kiedyś powstałe na obrzeżach, chociaż leży na Pradze, znajduje się praktycznie w centrum komunikacyjnym miasta. Wiadomo, że zwłaszcza dla dużych zwierząt oznacza to zgiełk i stres. Dziwię się, że właśnie "Gazeta Wyborcza", co niby tak dba o dobrostan zwierząt, pamiętam jej namiętne artykuły przeciwko polowaniom czy hodowlom klatkowym na futra — akurat w tej sprawie tylko żarty sobie robi, niestety kosztem zwierząt, zamiast przyjrzeć się, co rzeczywiście proponuję.
— Jak rozumiem, nie zgłasza Pan pomysłu likwidacji ZOO, znanego szkolnym wycieczkom z całej Polski, ale też kojarzonego z niezwykłymi wydarzeniami historii, jak działalność dyrektora Jana Żabińskiego i jego żony Antoniny, którzy podczas okupacji ukryli na terenie ogrodu i uratowali ok. trzystu Żydów, bo wiadomo, że akurat do ZOO Niemcy niechętnie zaglądali a tym bardziej do szczegółowej rewizji brakowało im odwagi?
- Oczywiście, że nie proponuję likwidacji ZOO w dotychczasowym miejscu, gdzie wrosło w tkankę Warszawy. Na obecnym 40-hektarowym terenie mogłyby pozostać mniejsze zwierzęta. I oczywiście warto w tym miejscu postarać się o kolejne upamiętnienia bohaterstwa Jana i Antoniny Żabińskich. Ich działania stały się tematem zagranicznego filmu, ale wciąż warto te niezwykłe postaci propagować. Natomiast Park Safari, o którym mówię, mógłby powstać na obrzeżach miasta — na przykład w Powsinie, albo poza jego granicami, na przykład nad Zalewem Zegrzyńskim, w Modlinie czy na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej. Takie parki istnieją w wielu miastach. W Singapurze stworzono cały kompleks — Mandai Wildlife Reserve — pięć osobnych parków tematycznych liczących łącznie ponad 300 hektarów. W Berlinie są dwa ogrody zoologiczne: historyczne Zoo Berlin w dawnej zachodniej części miasta i Tierpark — 160 hektarów we wschodniej, założony po wojnie właśnie z myślą o dużych zwierzętach i przestrzeni. Ten warszawski powstać powinien na terenie ok. 200 hektarów, z trzema strefami: safari, gdzie zwierzęta poruszają się swobodnie, strefą immersyjną i edukacyjną. Z częścią, gdzie zwierzęta spacerowałyby jak na swobodzie, a ludzie by je obserwowali z wolno jadących samochodów. I drugą, gdzie powstałyby tradycyjne wybiegi, ale bardziej obszerne niż teraz przy Ratuszowej. Nowy park stałby się rozrywką, taką co uczy, ale i marką rozpoznawalną. Atrakcją, przyciągającą do stolicy turystów, którzy specjalnie przyjeżdżaliby do stolicy, żeby to obejrzeć. Koszt całego przedsięwzięcia szacujemy na 2,5 miliarda złotych — to mniej niż cena jednego kilometra tunelu metra w centrum miasta. Obecne podejście władz do tworzenia klimatu miasta naprawdę wcale go nie buduje. Powtarza się, że wszystko powinno być "eko", wszędzie powinno się móc dojechać rowerem, zwęża ulice, rozszerza za to strefy z ograniczeniem prędkości do 30 kilometrów na godzinę. Komfortu mieszkańców to nie poprawia, a turystom pozostaje obojętne. Nie na tym polega zrównoważony rozwój.
— Dla mnie symbolem szczupłości dokonań obecnej władzy, w tym prezydenta Rafała Trzaskowskiego, pozostaje most pieszo-rowerowy przez Wisłę na osi Karowej. To nawet nie most przecież, tylko kładka?
- Ten przykład mógłby sugerować, że w Warszawie wiele zrobić się nie da, co stanowi oczywistą nieprawdę. Jeszcze niedawno dyskutowaliśmy w stolicy o pięciu nowych mostach, samorządowcy niezależni gorąco za ich wznoszeniem optowali. Została z tych planów... kładka pieszo-rowerowa. Oczywiście cieszę się z tego, że powstała i służy mieszkańcom i turystom. Ale trudno ją nazwać inwestycją na miarę oczekiwań Warszawiaków. Góra urodziła mysz. My mamy gotowy program — pięć mostów, których tak brakuje Warszawie, realizacja w latach 2028–2035, łączny koszt 4,45 miliarda złotych. Warszawa ma dziś zaledwie 8 mostów drogowych na 30 kilometrach Wisły. Dla porównania — Paryż na Sekwanie, która jest wielokrotnie krótsza w granicach miasta, ma ich ponad 30. Nowej kładce warto się jednak przyglądać nie tylko dlatego, że jest przydatna, ale i z tego powodu, że sygnalizuje problem: jak zszyć obie strony Wisły.
— To wciąż tak poważna kwestia, nawet jeśli po 1989 r. po obu stronach wiele się zmieniło?
- Zwłaszcza Praga Północ powinna zostać konsekwentnie zrewitalizowana, ale z głową. Nie wystarczy przywrócenia tamtejszym kamienicom dawnego piękna i majestatu, warto pokusić się o stworzenie tam dzielnicy artystycznej, miejsca spotkań ze sztuką, także tą popularną, rozrywki i zabawy. Taki jest berliński Kreuzberg czy paryski Beaubourg, a także stare dzielnice Budapesztu, które nawiązują do dawnej świetności miasta. My mówimy o konkretnym programie — Wielka Rewitalizacja Pragi: remont 300 kamienic, modernizacja całej infrastruktury, zagospodarowanie pustostanów, obiekty kultury i sportu. 10 miliardów złotych w ciągu dekady, do 2035 roku. Wzór to barcelońska dzielnica El Raval i lizbońska Alfama — dzielnice, które z zaniedbanych stały się ikonami swoich miast. To cieszy, że prawie udało się całkiem wyremontować jedną praską ulicę Stefana Okrzei, stanowiącą przedłużenie kładki pieszo-rowerowej, o którą Pan pytał. Jednak skala nie poraża i nie jest chyba powodem do dumy.
— Skoro tak jest, to w jakim kierunku powinny pójść zmiany?
- Nam się marzą wielkie projekty, obecne w naszej strategii autorstwa Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej. A te, przedstawiane przez ratusz jako przełomowe wymagają istotnych korekt. Budowa kolejnych linii metra powinna opierać się na zasadzie, że niekoniecznie muszą w całości przebiegać one pod ziemią.
— Przecież metro w potocznym przeświadczeniu to kolej podziemna?
- Tam, gdzie jest to konieczne. Idea metra nie służy temu, by całe funkcjonowało pod ziemią, tylko by móc się szybko i bezkolizyjnie przemieszczać. Pod ziemią — ale w centrum miasta, już nie na obrzeżach, gdzie jedyny sens tego jest taki, żeby było pięć razy drożej. Metro naziemne jest 3 do 5 razy tańsze i buduje się je 2 do 3 razy szybciej. Paryż ma 60% metra naziemnego, a jest od Warszawy bogatszy. Szacujemy, że ta zmiana przyniesie Warszawie oszczędności rzędu 10 do 20 miliardów złotych. W Paryżu, Berlinie czy Hamburgu metro przebiega w dzielnicach peryferyjnych naziemnie, chociaż są to bez wyjątku miasta od Warszawy bogatsze.
Nadwyżki z tytułu oszczędności przeznaczyć można na przykład na odwrócenie wektora wstydu dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej, żeby wyglądało lepiej niż teraz — mamy trzy konkretne warianty jego transformacji: Korona Sztuki z tarasem widokowym 360 stopni, interaktywną żywą fasadą albo Vertical Forest — 20 tysięcy drzew na elewacji. Każdy z tych wariantów kosztuje miliard złotych. Za tyle buduje się w Warszawie jeden kilometr metra pod ziemią. Wybór należy do mieszkańców — czy wspomniany Park Safari.
Nie tylko w tej kwestii upominamy się o zdrowy rozsądek. Okazuje się, że miasto zakłada większe obłożenie tej linii metra, która ma być budowana jako czwarta, niż tej przeznaczonej do oddania jako trzecia. Mówiąc wprost: M4 obsłuży 20 tysięcy pasażerów na godzinę w jednym kierunku, a M3 — zaledwie 6 tysięcy. Ponad trzy razy mniej.
My proponujemy odwrócenie kolejności: w latach 2028–2035 priorytet to M4 na trasie Tarchomin–Wilanów i przedłużenie M2 do Ursusa, w latach 2035–2040 M5, a M3 — jako najsłabiej obciążona — po 2040 roku. Skoro tak, to dlaczego nie odwrócić kolejności? Zwykle najpierw realizuje się przecież pilniejsze potrzeby. Warto myśleć szerzej niż określa to rozmiar urzędniczego gabinetu. Staramy się to robić. Pamiętamy, że ze Stefana Starzyńskiego też wielu na początku się śmiało, gdy ogłaszał swoje wizje sześciopasmowych arterii, bulwarów wiślanych i portu lotniczego. Teraz wszyscy go czczą. To nie wystarczy, warto brać przykład z rozmachu jego wizjonerstwa. A jego koncepcje się nie zdezaktualizowały. Powtarzamy, że odnowiona Marszałkowska powinna stać się wielkomiejską arterią z prawdziwego zdarzenia, a nie wyglądać jak po przejściach. Mówimy o konkretnym planie: 2,5 kilometra od Placu Unii Lubelskiej do Ronda Dmowskiego, poszerzenie chodników, podwójny szpaler 400–500 drzew, fontanny, odrestaurowane elewacje 50 kamienic, parkingi podziemne. 4 miliardy złotych do 2032 roku. MDM to unikatowy zespół socrealistyczny — jeden z nielicznych tak spójnych w Europie. Można go zniszczyć, można też uczynić z niego markę. Niech Marszałkowska stanie się osią miasta czy jego aortą. Źle się dzieje, a to efekt urzędniczej pazerności, gdy wzdłuż Marszałkowskiej, która powinna przyciągać również przechodniów i życiem tętnić — widać mnóstwo pustostanów jeśli chodzi o lokale usługowe. Ich najemcy nie sprostali wysokim wymogom finansowym, jeśli chodzi o czynsz. Gdy ktoś prowadzi od lat, a czasem od pokoleń w tym samym miejscu sklep czy punkt usługowy, powinien liczyć na zachęty i ulgi, a nie spotykać się z bezdusznością. Warszawa stanie się wielka wtedy, gdy będzie szanować dorobek poprzednich pokoleń a w swoich planach, zamierzeniach i inwestycjach zwróci się ku potrzebom następnych generacji, jak kiedyś się to Prezydentowi Starzyńskiemu marzyło.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze