Kiedy był marszałkiem Sejmu, uchwalono reformę samorządową, najbardziej udaną ze wszystkich po 1989 r. i do dziś pomimo upływu ponad ćwierćwiecza obowiązującą bez większych zmian. To, że ponad podziałami weszła w życie, zawdzięczamy w znacznej mierze zdolnościom Macieja Płażyńskiego do budowania kompromisu. Reprezentował nieczęsto współcześnie spotykany styl i sposób działania polityka szanowanego również przez oponentów. Szesnaście lat temu nie wrócił z delegacji do Smoleńska.
Nawet przydomek w kuluarach mu nadany: Maciej Przerwa Płażyński, przez analogię do poety Tetmajera, trudno nazwać złośliwym, jak w wypadku późniejszego marszałka Grzegorza Schetyny, którego inni, z jego szefem Donaldem Tuskiem włącznie, przezwali Shrekiem. Ten, który przylgnął do Płażyńskiego, oddawał jego zasadę prowadzenia obrad. Kiedy stanowiska klubów pozostawały wzajemnie niezgodne, Płażyński zarządzał przerwę i gotów był dyskutować do skutku, by je zbliżyć. Obecna mapa administracyjna Polski, z 16 województwami i ponad trzystu powiatami, narysowana została w znacznej mierze w trakcie takich antraktów. I bez żadnych poważniejszych zmian obowiązuje od ponad ćwierćwiecza. O żadnej innej z istotnych reform po 1989 r. powiedzieć tego samego się nie da, skoro zwykle każda kolejna ekipa wkrótce po dojściu do władzy kasowała to, co udało się wprowadzić poprzednikom.
Wywodził się z Solidarności i przywiązanie do jej tradycji zawsze podkreślał, jednak grono jego doradców w Sejmie pozostawało wielobarwne tak biograficznie, jak ideowo. Podpowiadali mu m.in. wybitny dziennikarz Grzegorz Miecugow i związana wcześniej ze służbami specjalnymi demokratycznego państwa Irena Popoff. Ich dobór wiele mówi o wiedzy marszałka o mechanizmach polityki pierwszej dekady transformacji ustrojowej.
Rozumiał też zwyczajnych ludzi i interesowały go ich problemy. Poznał je doskonale już wtedy, gdy po maturze, zanim podjął studia prawnicze w Gdańsku, pracował przez rok przy budowie Huty Katowice.
Człowiek, który zatrudnił Donalda Tuska
W czasach PRL nie tylko był opozycjonistą, w trójmiejskim Ruchu Młodej Polski i Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, ale jako prezes spółdzielni pracy usług wysokościowych Świetlik dokonywał swoistego wyłomu w systemie gospodarki socjalistycznej. Zatrudniał tam przyszłych premierów Donalda Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego, ale też wielu innych, którzy z przyczyn politycznych mieli kłopoty ze zdobyciem pracy. Świetlik wykorzystał zamiłowanie młodych inteligentów do wspinaczek - najpierw tych wysokogórskich, a nie po wieżowcach - dawał niepokornym środki utrzymania ale i uczył racjonalnej gospodarki, co przydało się już po zmianie ustrojowej.
Płażyński został wtedy wojewodą gdańskim, z nominacji Tadeusza Mazowieckiego. Po dojściu do władzy Sojuszu Lewicy Demokratycznej (1993 r.) okazał się ostatnim z grona 49 wówczas wojewodów wymienionych na swoich przez nową ekipę: nastąpiło to dopiero w 1996 r. i wzbudziło gromkie protesty społeczne, demonstrowano przed Dworem Artusa, organizatorem wiecu był m.in. Paweł Adamowicz.
W głosowaniu do Sejmu w 1997 r. Maciej Płażyński poparty przez 125 tys wyborców uzyskał najlepszy indywidualny wynik w Polsce. W tej sytuacji wobec zwycięstwa AWS, z której listy startował, stał się naturalnym kandydatem na marszałka Sejmu.
Promotor zmian, który rozmawiał ze wszystkimi
Reprezentował powagę i determinację, bez cienia zapiekłości. Pomimo niedawnych nieprzyjaznych zachowań, jakich doświadczył ze strony SLD, rozmawiał rzeczowo również z posłami tego klubu, wtedy drugiego co do wielkości w Sejmie. Większość tworzyły macierzysta dla niego Akcja Wyborcza Solidarność oraz Unia Wolności. Współrządziły, ale w kwestii najważniejszej reformy samorządowo-administracyjnej ich priorytety różniły się znacznie. AWS kładła nacisk na unitarny charakter państwa, obawiała tendencji odśrodkowych czy nawet "landyzacji", za to UW opowiadała się za mniejszą liczbą województw o niemal autonomicznym statusie, koniecznie przy tym z opolskim, z międzynarodowych względów. To, że ich wizje za rządów Jerzego Buzka udało się pogodzić, zawdzięczamy w znacznej mierze marszałkowi Płażyńskiemu.
Rozmawiał nie tylko z obu koalicjantami i parlamentarną opozycją, ale również ze zjeżdżającymi zewsząd do Warszawy działaczami lokalnymi. Jego gabinet stał się miejscem spotkań, przybierających nierzadko format sztabu kryzysowego. Dla przełamania oporu i inercji, także we własnym obozie, przyjmowano salomonowe rozwiązania. Ustalono, że województwa kujawsko-pomorskie i lubuskie będą mieć podwójne stolice: odpowiednio Bydgoszcz (siedziba wojewody) i Toruń (sejmik samorządowy) oraz podobnie Gorzów (wojewoda) i Zielona Góra (sejmik), gwoli uśmierzenia lokalnych antagonizmów.
Dogadano się również z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, kiedy zawetował pierwszy projekt z 15 województwami. Stanęło ostatecznie na szesnastu, ze świętokrzyskim, za którego utworzeniem optowali SLD i głowa państwa, ale bez żądanego wcześniej przez nich środkowo-pomorskiego. Pracowali na ten kompromis marszałkowie obu izb Alicja Grześkowiak (Senat) i Maciej Płażyński, premier Jerzy Buzek i przewodniczący AWS Marian Krzaklewski, ale to Sejm pozostawał najważniejszym podmiotem decyzji, to on narysował świeżą mapę administracyjną kraju, wyznaczył uprawnienia samorządom nowych województw i przywróconych po 23 latach powiatów.
Marszałek miał świadomość wagi decyzji, wówczas podejmowanych. Wiele z nich wybiegało daleko w przyszłość: kompetencje nowych województw (szesnastu zamiast dotychczasowych 49) pomyślano tak, aby ułatwiały przyszłe pozyskiwanie unijnych środków pomocowych. A do Unii Europejskiej Polska weszła dopiero w sześć lat później (2004 r.). Pomimo to przygotowany w 1998 r. mechanizm się sprawdził, co najlepiej świadczy o dalekowzroczności i odpowiedzialności tych, co go wtedy przeforsowali pomimo rozmaitych oporów, nawet we własnym środowisku politycznym.
Zaś nowy podział administracyjny już obowiązuje pięć lat dłużej niż poprzedni, uchwalony za Edwarda Gierka. I nikt poważnie nie kwapi się go zmieniać. Gdy porwało się na to za swoich rządów PiS, próbując dokonać rozczłonkowania Mazowsza - takiemu rozbiorowi sprzeciwiły się środowiska lokalne i wobec protestów organizowanych m.in. przez Mazowiecką Wspólnotę Samorządową władza zmuszona była odstąpić od majstrowania przy mapie kraju.
Ponad podziałami, skupiony na konkretnych sprawach
Gdy AWS płaciła już cenę za reformy i trwoniła poparcie, co okazało się pewnie nie od uniknięcia choćby w miastach, co straciły wojewódzki status, ale też łączyło z wewnętrznymi swarami w samej Akcji i bałaganem w też reformowanej służbie zdrowia - Maciejowi Płażyńskiemu doradzano start w wyborach prezydenckich w 2000 r. Nie zdecydował się jednak wystąpić przeciwko liderowi własnej formacji Marianowi Krzaklewskiemu, który i tak wtedy przegrał, nie tylko z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale i Andrzejem Olechowskim.
Później, gdy marszałek i szef AWS zawarli ostatni już kompromis, który miał służyć wspólnemu ich startowi z jednej listy w kolejnych już wyborach - po ogłoszeniu porozumienia Płażyński cierpliwie czekał, aż ekipy telewizyjne i dziennikarze prasowi nagrają wypowiedzi Krzaklewskiego. Wtedy objawiła się cała jego skromność. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że obecnie Włodzimierz Czarzasty pokornie oczekuje gdzieś z boku, aż telewizje i radiowcy wysłuchają Donalda Tuska?
Ostatecznie trwały okazał się jednak rozpad Akcji Wyborczej Solidarność, a nie ugoda zawarta między liderami, podobny los spotkał koalicyjną UW. W nowej sytuacji Płażyński wraz z Olechowskim i wicemarszałkiem Senatu Tuskiem został liderem powstającej Platformy Obywatelskiej. W walce o mandat poselski z Gdańska osiągnął większe o 13 tys głosów poparcie od startującego tam z listy PiS Lecha Kaczyńskiego. Po wyborach z 2001 r., które wygrali postkomuniści, stanął na czele najsilniejszego w opozycji klubu i partii PO. Gry wewnętrzne jednak mu nie odpowiadały. A Tusk stopniowo pozbawiał Płażyńskiego przywództwa.
Miejsce w Senacie w 2005 r. Maciej Płażyński uzyskał jako kandydat niezależny ze wspólnym poparciem PiS oraz PO i ponad 150 tys. głosów. Do kolejnego Sejmu były marszałek wszedł z listy Prawa i Sprawiedliwości (2007 r.), ale szybko został posłem niezależnym. Bliższa mu była wcześniejsza koncepcja koalicji PO-PiS, doprowadził zresztą do jej zawarcia na wybory samorządowe w 2002 r. w 14 z 16 województw - niż zimnej wojny plemiennej, która ostatecznie rozgorzała.
Nie angażował się w polityczne zwarcia niedawnych przyjaciół, gdy podzielili się nie za sprawą programowych różnic lecz pędu do władzy. Serce oddał przedsięwzięciom, których sens dostrzegał. Zajmował się przygotowaniom do organizowanych wspólnie z Ukrainą Piłkarskich Mistrzostw Europy. Przewodniczył Wspólnocie Polskiej, skutecznie wspierającej rodaków zza wschodniej granicy. Rozmawiał ze wszystkimi, którzy mieli coś do powiedzenia i kogoś reprezentowali: zdarzało się, że schodzili się u niego na jednym i tym samym spotkaniu działacze Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i zwolennicy autonomii Śląska. I nikt w tym nie widział nic dziwnego ani tym bardziej bulwersującego.
Nie zapomniał nigdy o samorządowcach, zawsze służył im radą i pomocą. Liczono, że zorganizuje ich w ogólnopolską siłę, wykorzystującą wysokie oceny władzy lokalnej przez opinię publiczną, ujawniające się w sondażach. Kiedy wybierał się w podróż do Smoleńska, był już umówiony na późniejsze spotkanie z samorządowcami niezależnymi. Wielu widziało w nim wtedy kandydata w planowanych na ten sam 2010 rok wyborach prezydenckich, alternatywnego wobec partii politycznych.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze