Reklama

Marszałek od reform, przyjaciel samorządowców. Wspomnienie o Macieju Płażyńskim (1958-2010)

07/04/2026 14:26

Kiedy był marszałkiem Sejmu, uchwalono reformę samorządową, najbardziej udaną ze wszystkich po 1989 r. i do dziś pomimo upływu ponad ćwierćwiecza obowiązującą bez większych zmian. To, że ponad podziałami weszła w życie, zawdzięczamy w znacznej mierze zdolnościom Macieja Płażyńskiego do budowania kompromisu. Reprezentował nieczęsto współcześnie spotykany styl i sposób działania polityka szanowanego również przez oponentów. Szesnaście lat temu nie wrócił z delegacji do Smoleńska.

Nawet przydomek w kuluarach mu nadany: Maciej Przerwa Płażyński, przez analogię do poety Tetmajera, trudno nazwać złośliwym, jak w wypadku późniejszego marszałka Grzegorza Schetyny, którego inni, z jego szefem Donaldem Tuskiem włącznie, przezwali Shrekiem. Ten, który przylgnął do Płażyńskiego, oddawał jego zasadę prowadzenia obrad. Kiedy stanowiska klubów pozostawały wzajemnie niezgodne, Płażyński zarządzał przerwę i gotów był dyskutować do skutku, by je zbliżyć. Obecna mapa administracyjna Polski, z 16 województwami i ponad trzystu powiatami, narysowana została w znacznej mierze w trakcie takich antraktów. I bez żadnych poważniejszych zmian obowiązuje od ponad ćwierćwiecza. O żadnej innej z istotnych reform po 1989 r. powiedzieć tego samego się nie da, skoro zwykle każda kolejna ekipa wkrótce po dojściu do władzy kasowała to, co udało się wprowadzić poprzednikom. 

Reklama

Wywodził się z Solidarności i przywiązanie do jej tradycji zawsze podkreślał, jednak grono jego doradców w Sejmie pozostawało wielobarwne tak biograficznie, jak ideowo.  Podpowiadali mu m.in. wybitny dziennikarz Grzegorz Miecugow i związana wcześniej ze służbami specjalnymi demokratycznego państwa Irena Popoff. Ich dobór wiele mówi o wiedzy marszałka o mechanizmach polityki pierwszej dekady transformacji ustrojowej. 

Rozumiał też zwyczajnych ludzi i interesowały go ich problemy. Poznał je doskonale już wtedy, gdy po maturze, zanim podjął studia prawnicze w Gdańsku, pracował przez rok przy budowie Huty Katowice. 

Reklama

 Człowiek, który zatrudnił Donalda Tuska

W czasach PRL nie tylko był opozycjonistą, w  trójmiejskim Ruchu Młodej Polski i Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, ale jako prezes spółdzielni pracy usług wysokościowych Świetlik dokonywał swoistego wyłomu w systemie gospodarki socjalistycznej. Zatrudniał tam przyszłych premierów Donalda Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego, ale też wielu innych, którzy z przyczyn politycznych mieli kłopoty ze zdobyciem pracy. Świetlik wykorzystał zamiłowanie młodych inteligentów do wspinaczek - najpierw tych wysokogórskich, a nie po wieżowcach - dawał niepokornym środki utrzymania ale i uczył racjonalnej gospodarki, co przydało się już po zmianie ustrojowej.

Reklama

Płażyński został wtedy wojewodą gdańskim, z nominacji Tadeusza Mazowieckiego.  Po dojściu do władzy Sojuszu Lewicy Demokratycznej (1993 r.) okazał się ostatnim z grona 49 wówczas wojewodów wymienionych na swoich przez nową ekipę: nastąpiło to dopiero w 1996 r.  i wzbudziło gromkie protesty społeczne, demonstrowano przed Dworem Artusa, organizatorem wiecu był m.in. Paweł Adamowicz. 

W głosowaniu do Sejmu w 1997 r. Maciej Płażyński poparty przez 125 tys wyborców uzyskał najlepszy indywidualny wynik w Polsce. W tej sytuacji wobec zwycięstwa AWS, z której listy startował, stał się naturalnym kandydatem na marszałka Sejmu.

Reklama

Promotor zmian, który rozmawiał ze wszystkimi

Reprezentował powagę i determinację, bez cienia zapiekłości. Pomimo niedawnych nieprzyjaznych  zachowań, jakich doświadczył ze strony SLD, rozmawiał rzeczowo również z posłami tego klubu, wtedy drugiego co do wielkości w Sejmie. Większość tworzyły macierzysta dla niego Akcja Wyborcza Solidarność oraz Unia Wolności. Współrządziły, ale w kwestii najważniejszej reformy samorządowo-administracyjnej ich priorytety różniły się znacznie. AWS kładła nacisk na unitarny charakter państwa, obawiała tendencji odśrodkowych czy nawet "landyzacji", za to UW opowiadała się za mniejszą liczbą województw o niemal autonomicznym statusie, koniecznie przy tym z opolskim, z międzynarodowych względów. To, że ich wizje za rządów Jerzego Buzka udało się pogodzić, zawdzięczamy w znacznej mierze marszałkowi Płażyńskiemu. 

Reklama

Rozmawiał nie tylko z obu koalicjantami i parlamentarną opozycją, ale również ze zjeżdżającymi zewsząd do Warszawy działaczami lokalnymi. Jego gabinet stał się miejscem spotkań, przybierających nierzadko format sztabu kryzysowego. Dla przełamania oporu i inercji, także we własnym obozie, przyjmowano salomonowe rozwiązania. Ustalono, że województwa kujawsko-pomorskie i lubuskie będą mieć podwójne stolice: odpowiednio Bydgoszcz (siedziba wojewody) i Toruń (sejmik samorządowy) oraz podobnie Gorzów (wojewoda) i Zielona Góra (sejmik), gwoli uśmierzenia lokalnych antagonizmów.  

Dogadano się również z prezydentem  Aleksandrem Kwaśniewskim, kiedy zawetował pierwszy projekt z 15 województwami. Stanęło ostatecznie na szesnastu, ze świętokrzyskim, za którego utworzeniem optowali SLD i głowa państwa, ale bez żądanego wcześniej przez nich środkowo-pomorskiego. Pracowali na ten kompromis marszałkowie obu izb Alicja Grześkowiak (Senat) i Maciej Płażyński, premier Jerzy Buzek i przewodniczący AWS Marian Krzaklewski, ale to Sejm pozostawał najważniejszym podmiotem decyzji, to on narysował świeżą mapę administracyjną kraju, wyznaczył uprawnienia samorządom nowych województw i przywróconych po 23 latach powiatów. 

Reklama

Marszałek miał świadomość wagi decyzji, wówczas podejmowanych. Wiele z nich wybiegało daleko w przyszłość: kompetencje nowych województw (szesnastu zamiast dotychczasowych 49) pomyślano tak, aby ułatwiały przyszłe pozyskiwanie unijnych środków pomocowych. A do Unii Europejskiej Polska weszła dopiero w sześć lat później (2004 r.). Pomimo to przygotowany w 1998 r. mechanizm się sprawdził, co najlepiej świadczy o dalekowzroczności i odpowiedzialności tych, co go wtedy przeforsowali pomimo rozmaitych oporów, nawet we własnym środowisku politycznym. 

Zaś nowy podział administracyjny już obowiązuje pięć lat dłużej niż poprzedni, uchwalony za Edwarda Gierka. I nikt poważnie nie kwapi się go zmieniać. Gdy porwało się na to za swoich rządów PiS, próbując dokonać rozczłonkowania Mazowsza - takiemu rozbiorowi sprzeciwiły się środowiska lokalne i wobec protestów organizowanych m.in. przez Mazowiecką Wspólnotę Samorządową władza zmuszona była odstąpić od majstrowania przy mapie kraju.  

Reklama

Ponad podziałami, skupiony na konkretnych sprawach

Gdy AWS płaciła już cenę za reformy i trwoniła poparcie, co okazało się pewnie nie od uniknięcia choćby w miastach, co straciły wojewódzki status, ale też łączyło z wewnętrznymi swarami w samej Akcji i bałaganem w też reformowanej służbie zdrowia - Maciejowi Płażyńskiemu doradzano start w wyborach prezydenckich w 2000 r. Nie zdecydował się jednak wystąpić przeciwko liderowi własnej formacji Marianowi Krzaklewskiemu, który i tak wtedy przegrał, nie tylko z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale i Andrzejem Olechowskim.

Reklama

Później, gdy marszałek i szef AWS zawarli ostatni już kompromis, który miał służyć wspólnemu ich startowi z jednej listy w kolejnych już wyborach - po ogłoszeniu porozumienia Płażyński cierpliwie czekał, aż ekipy telewizyjne i dziennikarze prasowi nagrają wypowiedzi Krzaklewskiego. Wtedy objawiła się cała jego skromność. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że obecnie Włodzimierz Czarzasty pokornie oczekuje gdzieś z boku, aż telewizje i radiowcy wysłuchają Donalda Tuska? 

Ostatecznie trwały okazał się jednak rozpad Akcji Wyborczej Solidarność, a nie ugoda zawarta między liderami, podobny los spotkał koalicyjną  UW. W nowej sytuacji Płażyński wraz z Olechowskim i wicemarszałkiem Senatu Tuskiem został liderem powstającej Platformy Obywatelskiej. W walce o mandat poselski z Gdańska osiągnął większe o 13 tys głosów poparcie od startującego tam z listy PiS Lecha Kaczyńskiego. Po wyborach z 2001 r., które wygrali postkomuniści, stanął na czele najsilniejszego w opozycji klubu i partii PO. Gry wewnętrzne jednak mu nie odpowiadały. A Tusk stopniowo pozbawiał Płażyńskiego przywództwa. 

Reklama

Miejsce w Senacie w 2005 r. Maciej Płażyński uzyskał jako kandydat niezależny ze wspólnym poparciem PiS oraz PO i ponad 150 tys. głosów.  Do kolejnego Sejmu były marszałek wszedł z listy Prawa i Sprawiedliwości (2007 r.), ale szybko został posłem niezależnym. Bliższa mu była wcześniejsza koncepcja koalicji PO-PiS, doprowadził zresztą do jej zawarcia na wybory samorządowe w 2002 r. w 14 z 16 województw - niż zimnej wojny plemiennej, która ostatecznie rozgorzała. 

Nie angażował się w polityczne zwarcia niedawnych przyjaciół, gdy podzielili się nie za sprawą programowych różnic lecz  pędu do władzy. Serce oddał przedsięwzięciom, których sens dostrzegał. Zajmował się przygotowaniom do organizowanych wspólnie z Ukrainą Piłkarskich Mistrzostw Europy. Przewodniczył Wspólnocie Polskiej, skutecznie wspierającej rodaków zza wschodniej granicy. Rozmawiał ze wszystkimi, którzy mieli coś do powiedzenia i kogoś reprezentowali: zdarzało się, że schodzili się u niego na jednym i tym samym spotkaniu działacze Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i zwolennicy  autonomii Śląska. I nikt w tym nie widział nic dziwnego ani tym bardziej bulwersującego. 

Reklama

Nie zapomniał nigdy o samorządowcach, zawsze służył im radą i pomocą. Liczono, że zorganizuje ich w ogólnopolską siłę, wykorzystującą wysokie oceny władzy lokalnej przez opinię publiczną, ujawniające się w sondażach. Kiedy wybierał się w podróż do Smoleńska, był już umówiony na późniejsze spotkanie z samorządowcami niezależnymi. Wielu widziało w nim wtedy kandydata w planowanych na ten sam 2010 rok wyborach prezydenckich, alternatywnego wobec partii politycznych. 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama