Z Jerzym Borowczakiem, organizatorem strajku w Stoczni Gdańskiej w Sierpniu 1980 r., rozmawia Łukasz Perzyna
- O szóstej rano 14 sierpnia 1980 r. to Pan, wtedy 22-latek, zaczął strajk na Wydziale K-5 Stoczni Gdańskiej, a Lech Wałęsa dopiero później przeskoczył przez mur i stanął na jego czele. Czy kiedy ten protest Pan rozpoczynał, wiedział Pan już, że zmienia bieg historii, czy świadomość tego pojawiła się później?
- Pierwsze rozstrzygające już przygotowania poczyniliśmy 7 sierpnia. Po zwolnieniu Anny Walentynowicz z pracy w Stoczni stało się dla nas oczywiste, że trzeba protestować. Nie wolno przecież się zgadzać na to, że kogoś z pracy zwalniają na pięć miesięcy przed emeryturą, dlatego że walczy o sprawy innych ludzi. Kiedy w czwartek rano strajk już zaczęliśmy, mieliśmy trzy postulaty. Dwa z nich płacowe: podwyżki o 1000 zł i dodatku drożyźnianego. A trzecim stało się przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz.
- Liczyliście się z realiami?
- Wiedzieliśmy, że wcześniej w Lublinie, chociaż nastroje były stanowcze - w tamtejszym węźle kolejowym nawet pociąg przyspawano do torów, żeby nie wywożono nim na wschód żywności, której wtedy brakowało w sklepach - po spełnieniu przez władzę żądań płacowych strajk wygasł. Kiedy protest w czwartek zaczynaliśmy, nie spodziewaliśmy się jeszcze, że rozniesie się na cały kraj. Liczyliśmy na Stocznię Północną i Remontową, na ZNTK na Przeróbce. Z soboty na niedzielę powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. I stało już wtedy kilkaset zakładów w Polsce. W poniedziałek MKS ogłosił listę 21 postulatów i to już na pewno był ten moment, o który Pan na początku spytał, kiedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że coś historycznego robimy. Żądanie wolnych związków zawodowych oznaczało naruszenie systemu. W komunizmie przecież nic nie mogło być wolne. Wiedzieliśmy też, że coraz więcej zakładów do nas dołącza. Do Stoczni Gdańskiej przyjechał Andrzej Wajda. Pojawili się ci, którzy nam doradzali: Tadeusz Mazowiecki, Jadwiga Staniszkis, Tadeusz Kowalik. Wiedzieliśmy, że strajkuje również Szczecin.
- Podobnie jak w 1970... Czy pojawiał się lęk przed powtórzeniem przez władze rozwiązania siłowego, jak je wtedy określano?
- Oczywiście, że liczyliśmy się z taką możliwością. Gdy działała już komisja rządowa, powołana do rozmów z nami pod kierownictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, kiedyś wieczorem jej członkowie pojechali do Warszawy, po kolejne instrukcje. Do rozmów mieliśmy powrócić następnego dnia o ósmej rano. Gdy już ósma minęła i okazało się, że nie da się negocjacji zacząć, bo nie ma członków komisji w Gdańsku - pojawił się stres. Łączący się z obawą, że tak się dzieje z tego powodu, że w nocy w stolicy zdecydowano o wyborze rozwiązania siłowego i dlatego do rozmów nie ma już powrotu. Okazało się jednak, że jest inaczej, członkowie komisji, spóźnieni, pojawili się u nas w Stoczni. Jednak do ostatniej chwili stres towarzyszył negocjacjom. A użycia siły przez władze nie dało się wykluczyć. Przecież nie tylko w jednym z 21 postulatów domagaliśmy się postawienia pomnika ofiarom Grudnia 1970 r, ale wiedzieliśmy ze szczegółami, do czego wtedy doszło. Przy okazji upamiętnienia rocznicy tej masakry od lat spotykały się gdańskie środowiska opozycyjne: z kręgu Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, Ruchu Młodej Polski i Komitetu Obrony Robotników.
- Na koniec jednak nie tylko podpisano porozumienia 31 sierpnia 1981 r., ale Lech Wałęsa ogłosił publicznie, że nie ma zwycięzców ani zwyciężonych, bo porozumieliśmy się jak Polak z Polakiem?
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że następny etap okaże się trudny. Porozumienie zostało wymuszone przez strajkujących, w trakcie rozmów widzieliśmy po komisji rządowej, że jej członkowie robią tylko tyle, ile muszą. Żądanie wolnych związków zawodowych oznaczało wyłom w systemie. W Hucie wtedy im. Lenina w Krakowie rozważano nawet wygaszenie wielkich pieców, determinacja była ogromna. Władza ustąpiła, ale domyślaliśmy się, jakie rozwiązania dalej planuje. Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda przewidywali, że władza będzie się chciała odwinąć. Chociaż nie daliśmy się zawrócić z raz obranej drogi.
- Nader skromnie Pan o tym mówi?
- Wzorowano się na nas, inni później brali z nas przykład i poszli naszą drogą z Sierpnia 1980. Gdybyśmy wtedy nie byli razem, teraz nie bylibyśmy tam, gdzie jesteśmy.
- Co przetrwało?
- Społeczeństwo jest dzisiaj, jeśli można tak powiedzieć, wielopartyjne. A ludzie raczej skupieni na własnych celach, a nie wspólnych. Każdy raczej ciągnie w swoją stronę, mniej troszczy się o Polskę. Z 21 postulatów zaraz wprowadzono mszę w radiu i ona została, już z wolnymi związkami działo się inaczej, bo przecież po 13 grudnia 1981 r. Solidarność, najpierw zawieszona, potem rozwiązana przez władze, zepchnięta została do podziemia, a i w nowej Polsce, co stanowi paradoks, też o wolnych związkach trudno mówić, skoro OPZZ trzymało z SLD, kiedy rządzili, a NSZZ "Solidarność" z PiS... Na pewno z Sierpnia 1980 r. zostały wspomnienia niezwykłej wspólnoty. Atmosfera byłą wyjątkowa. Wtedy myśleliśmy o Polsce, gotowi dla niej pracować, nawet za miskę ryżu, jak to po latach w innym już kontekście ujął Mateusz Morawiecki. Wtedy w 1980 r. ludzie szli z odległych dzielnic, z Moreny, z siatkami z żywnością dla strajkujących, na piechotę, bo przecież komunikacja miejska nie jeździła. Ludziom zależało na tym, żeby Polska stała się tak wolna tak bardzo, jak tylko przy ograniczeniach tamtego ustroju było to możliwe. Starali się jak najwięcej tej wolności wywalczyć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze