Kogo bardziej kochasz tatusia czy mamusię? Takim pytaniem nierzadko zaskakiwana jest małoletnia latorośl podczas rodzinnej imprezy. Pytanie takie zadaje zazwyczaj złośliwa ciotka lub podchmielony wujek. Ma ono ku uciesze części zebranych na rodzinnej imprezce albo wprawić w prawdziwe zakłopotanie odpytywane dziecię, albo skierować wybuch salwy śmiechu w kierunku jednego z rodziców — w zależności od wskazania poczynionego przez malca.
Lekko kretyński zwyczaj, powszechny podczas gier i zabaw rozbawionego ludu polskiego, przyszedł mi na myśl, gdy doszło do iksowej utarczki między ambasadorem USA w Polsce a marszałkiem Sejmu i premierem.
Zaczęło się od zwyczajnego i mało istotnego listu – apelu, który wpłynął do marszałka Czarzastego od grupy interesownych lizusów Trumpa. Autorzy zwrócili się z oczywistym dla nich apelem o poparcie dla kandydatury Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla.
Marszałek mógł kretyńską epistołę pominąć milczeniem i skierować ad acta. Ale ponieważ jest politykiem i ma o Trumpie zdanie zapewne bardzo podobne do mojego, uznał, że nadarzyła się sposobność, aby nadętego bufona z Białego Domu z dobudowywaną salą balową lekko uszczypnąć za pomocą kilku prostych i prawdziwych zdań. Oznajmił krótko, że przedmiotowego wniosku nie poprze, gdyż brak jest ku temu jakichkolwiek podstaw. Po prostu Trump na nagrodę za niesienie pokoju nie zasługuje i kropka.
Normalnie powinno to zakończyć temat. Jednak przy reprezentacyjnym salonie Warszawy, czyli Alejach Ujazdowskich, znajduje się mało gustowny budynek w formie baraku obudowanego tandetnym szkłem i wyrobem kamieniopodobnym. To ambasada USA. A w niej rezyduje sobie ambasador.
Dostojnik, który naoglądał się filmów i nasłuchał opowieści o tym, jak amerykańscy ambasadorzy traktują władze republik bananowych, w których przyszło im pełnić subtelną misję dyplomatyczną. Dla takich ambasadorów miejscowy kacyk, zwany dla dodania sobie prestiżu prezydentem, premierem, królem lub cesarzem, ma w stosunku do namiestnika podległej prowincji odnosić się z uniżeniem, szacunkiem i czołobitnością.
Taki kraj powinien respektować amerykańskie interesy polityczne i gospodarcze, choćby były dla niego nawet skrajnie niekorzystne. Prezydent USA, świecący słonecznym światłem odbity boży pomazaniec, znajduje się poza wszelką orbitą zwykłych ludzkich ocen. Zwykły człowiek powinien chylić przed nim czoła, aby nie oślepnąć.
Odpowiednio wysoko urodzeni bądź usytuowani mogą jedynie wznosić hymny pochwalne sławiące wyjątkowe przymioty prezydenckie: urodę, wdzięk, cnotę, intelekt, umiar, rozwagę i umiłowanie światowego pokoju.
A tutaj ni z gruchy, ni z pietruchy, jakiś gość o niemożliwym do wymienienia nazwisku postępuje w tak niegodny sposób wobec najwybitniejszej osoby, jaką nosi kula ziemska. Nie może być to nic innego jak niewyobrażalna i niespotykana obraza majestatu i czci Najwyższego.
A dla dokonania tej zbrodni nie trzeba wcale użyć słów, które w znaczeniu potocznym i obiektywnym znamionować miałyby spowodowanie choćby plamki na nieskazitelnym honorze. Nic z tych rzeczy. W tym szczególnym przypadku przekazanie kilku słów prawdy to nie jest nietakt. To zbrodnia.
Czujny ambasador–inkwizytor oznajmił, że wobec despektu, jakiego Najjaśniejszy doznał od Czarzastego, administracja USA zrywa z nim wszelkie relacje. Dodać należy, że niewdzięczność Włodzimierza Czarzastego miała dotknąć prezydenta, który pokochał Polskę jak żaden inny amerykański przywódca w historii.
Pokochał bardziej niż Woodrow Wilson, który w końcówce pierwszej wojny światowej stanowczo wymógł międzynarodowe uznanie dla polskiej niepodległości. Ponadto w okresie walki o polskie granice zapewnił bezprecedensową amerykańską pomoc żywnościową, która miała uratować przed głodem i śmiercią miliony obywateli II RP.
Mniej od Trumpa miłował z pewnością również Polskę Ronald Reagan, który po wprowadzeniu w PRL stanu wojennego zmobilizował przywódców i narody wolnego świata do bezustannej solidarności z Polakami. Po czym nie bez wysiłku i krytyki wewnątrz własnego kraju rozbił żelazną kurtynę sankcjami ekonomicznymi i wyścigiem zbrojeń, którego nie wytrzymał Związek Sowiecki.
Tej jednak wiedzy usadowiony przez Trumpa na stanowisku ambasadora w Warszawie leśny dziadek mieć ani nie może, ani nie chce. Ma natomiast miarkę, która pokazuje mu, że to Trump kocha najbardziej.
Na razie awantura zdaje się skupiać na Donaldzie Tusku, który słusznie odpowiedział ambasadorowi w staropolskim stylu: „znaj proporcje, mocium panie”. Szansa, że aluzję ambasador pojmie, są marne. Ale nie możemy odpuszczać.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze